Karmann – „Dżia” czy „Gia”?

Karmann – „Dżia” czy „Gia”?

11 października 2020 Wyłącz przez admin

W przypadku Volkswagena Karmann Ghia przy wymawianiu jego nazwy obowiązuje ta sama zasada, co przy spaghetti. Nie jecie przecież spadżetti, prawda? No to GHIA zawsze czytamy GIA. Wiem, że ładniej brzmi też „lambordżini”, ale to nie ja wymyślałem włoskie zasady wymowy. A teraz do rzeczy! To znaczy do samochodu, choć do czterech kółek mam stosunek podobny jak do kobiet. Kocham je i nigdy nie przejdzie mi przez myśl, żeby przyrównywać je do rzeczy. Cholera, strzeliłem sobie gola w kolano, co? W końcu jednak auto to przedmiot nieożywiony… Przerywając te dywagacje, jeszcze raz podkreślam – piękne panie mają zawsze pierwszeństwo, choć zaraz za nimi są piękne samochody. Bez wątpienia Karmann taki właśnie jest – ponadczasowy, przyciągający oko, dobrze wymyślony. Pomysł Wilhelma Karmanna Juniora, żeby stworzyć nieco ładniejszego „Garbusa” na bazie ogólnodostępnych komponentów i podwozia, zdecydowanie wypalił. Ghia, czyli włoskie studio stylizacyjne (dziś własność Forda), wykonało naprawdę dobrą robotę – ten Volkswagen był przebojem. 

Szkoda, że pod maską (przypominam, że jest z tyłu – jak w „Garbim”) nie ma więcej koni mechanicznych i że kiedyś projektowano ładnie lecz trochę bez sensu (dlatego brakuje miejsca na lewą stopę i do obsługi pedału sprzęgła najlepiej mieć stosunkowo wąskie… buty). Auto jest 2+2 – tak powiemy dziś. Kiedyś jeździły tym całe rodziny i nie narzekały. Wtedy, czyli na przełomie lat 50. i 60. XX wieku były jednak inne czasy. Przede wszystkim nikt specjalnie nie przejmował się normami emisji spalin czy – nadmiernie – bezpieczeństwem. Pasy? A po co! Poduszki? Wtedy nikt o nich nawet nie marzył. Nie ma też żadnych gadżetów, które dziś są normą – od ABS po klimatyzację. Nie zdziwię się, gdyby Karmanny z ostatnich lat produkcji, czyli pierwszej połowy lat 70., mogły ją jednak mieć. Zwłaszcza, że to był eksportowy przebój w USA. Amerykanom bardzo spodobało się coupé, ale też wzięcie miały droższe kabriolety. Wyobraźcie sobie, że w sumie powstało prawie pół miliona Karmannów! U nas są rzadkie, bo blacha w tamtych latach nie znosiła soli. Zresztą, kogo było na takie cuda stać, gdy marzeniem była Syrenka z drzwiami otwieranymi pod wiatr i „garbata Warszawa”? 

Karmann Ghia nie jeździ szybko, bo to Garbus, więc ma pewnie ze 30 koni i hałasuje, bo przecież jest chłodzony powietrzem. Tak, to prawda. Nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekuje jednak od tego auta rekordów prędkości, bo nie do tego „gię” (nie dżię – przypominam) stworzono. Nie da się Karmanna przyrównać do aut z roku 2020, co wcale nie znaczy, że nie chciałbym go mieć. Przy sześćdziesięciu na godzinę, gdy silniczek ledwie „gwiżdże” za uszami, podróżuje się tym Volkswagenem bajecznie. Tylko oczy przymknąć i już człowiek przenosi się do czasów, gdy go… nie było jeszcze na świecie, a Jarek dopiero chodził do podstawówki. Wrażenie bezcenne. Wszystko inne można kupić, ale tego akurat nie. Wiem, sprawdziłem na własnej skórze. Kto chętny?